Action Comics #1, Superman vol. 1. #1 – Joe Shuster, Jerry Siegel

3 210 000 000 % – o tyle wzrosła wartość zeszytu „Action Comics #1” od czerwca 1938 roku, kiedy się ukazał do 2014 roku, gdy za 3,21 miliona dolarów kupiono go na internetowej aukcji*. Cena nie może dziwić jeśli weźmie się pod uwagę, że mamy od czynienia z najważniejszym zeszytem w historii amerykańskiego komiksu i jednym z najważniejszych komiksów w ogóle (“Action Comics #1”, “Superman vol. 1. #1” – Joe Shuster, Jerry Siegel).

Od „Action Comics #1”, pierwszego występu Supermana zaczynają się bowiem złoty wiek amerykańskiego komiksu i ogromne superbohaterskie uniwersa – współczesne, resetujące się co jakiś czas, mitologie generujące gigantyczne zyski (sama sprzedaż papierowych komiksów w 2018 roku przyniosła ponad miliard dolarów), a są jeszcze przecież gadżety filmy itd. Superman to także pierwszy z tzw. Trójcy DC Comics” – oprócz niego należą do niej Batman i Wonder Woman.

„Od tego zaczęło się na dobre całe komiksowe szaleństwo” – pisze w „Mordobiciu. Wojnie superbohaterów. Marvel kontra DC” Reed Tucker – „(…) Action Comics #1 wyznacza narodziny nowej, rdzennie amerykańskiej dziedziny sztuki. Twórcy tego dzieła, Siegel i Shuster, zręcznie połączyli porywające przygody znane z niedzielnych komiksowych pasków, takich jak te o Tarzanie, z wyczynami zamaskowanych pogromców zła, takich jak The Shadow (Cień).”

Wśród korzeni Supermana wymienia się także postać Mojżesza (obaj autorzy byli potomkami żydowskich imigrantów z Europy), mitologicznego Heraklesa, Nietzscheańską koncepcję nadczłowieka, aktorów („Clark” np. to hołd oddany Gable’owi), literaturę science-fiction, popularne filmy (np. Znak Zorro), a nawet pewnego złoczyńcę – w sumie szalony, eklektyczny koktajl typowy dla literatury popularnej, która jest wszystkożerna i nie widzi problemów w łączeniu wysokiego z niskim, co daje, jak w wypadku Supermana chociażby, znakomite efekty.

Kiedy dziś, po przeszło 80 latach czyta się pierwszy odcinek przygód Człowieka ze Stali zadziwia spójność koncepcji Siegel`a i Shustera.

Już w pierwszej historii, liczącej 13 stron (Action Comics #1 to typowa dla tamtych czasów antologia opowieści o różnych bohaterach – czas zeszytów poświęconych konkretnym postaciom miał dopiero nadejść – i znów Superman będzie pierwszy, ale o tym za chwilę) Człowiek ze Stali ma kanoniczny strój, wiemy, że pochodzi z odległej planety, która uległa apokalipsie, ma nadludzką siłę, potrafi przeskakiwać wieżowce (na razie nie lata – ale biega szybciej od pociągu), bardzo trudno go zranić (potrzeba do tego „pocisku artyleryjskiego”), ma sekretną tożsamość (całkowite przeciwieństwo Supermana, bardzo łagodny i, nie bójmy się tego słowa, ofermowaty, dziennikarz Clark Kent). I oczywiście staje w obronie słabych i uciśnionych (poniżej pierwsza strona).

W tej części uratuje kobietę przed krzesłem elektrycznym, na które została niesłusznie skazana, wdzierając się nocą do domu gubernatora, powstrzyma męża bijącego żonę, da nauczkę lobbyście, który wykonuje polecenia potężnych mocodawców, chcących konfliktu Stanów z Europą i ratuje z łap gangsterów Lois Lane – tu zaczyna się trwający do dziś wątek romansowy, podszyty ambiwalencją, bo Lois porównuje Supermana z Clarkiem, co daje autorom asumpt do zbudowania jednego z najdziwniejszych trójkątów miłosnych – takiego, w którym są tylko dwie osoby.

I to wszystko na 13 stronach! Pierwsza historia o Człowieku ze Stali jest jak jazzowy standard, który „grali” po swojemu wszyscy następcy Siegel`a i Shustera (i oni sami zresztą też).

Pierwszy numer samodzielnego magazynu Supermana i pierwszy magazyn poświęcony jednemu superbohaterowi w ogóle (lato 1939 – dziś wart, oczywiście w perfekcyjnym stanie, ponad 852 tysiące dolarów) pokazuje w jaki sposób kultura superbohaterska dokonuje autokorekt i modyfikuje bazowy model.

Tom otwiera historia znana z Action Comics, tyle że poprzedzona kilkoma stronami dodającymi nowe elementy do układanki. Poznajemy nazwę rodzinnej planety Clarka Kenta, pojawiają się przybrani rodzice Supermana, a on sam zdobywa pracę dzięki supermocom. Tu dodajmy jeszcze kilka kroków milowych w historii Supermana – latać zaczął w 1940 roku i to w radiowej (!) wersji przygód, Kryptonit, chyba jedyny minerał szkodliwy dla Supermana też zadebiutował w radiu w 1943 roku, a sławny “laserowy” wzrok pojawił się dopiero pod koniec lat 40.; nemezis Clarka Kenta, geniusz nauki, inżynierii i zła, Lex Luthor po raz pierwszy pojawił się w “Action Comics #23”.

Trzy nowe długie historie z magazynu pokazują zarówno fakt, że Superman, na razie nie walczy z ponadnaturalnymi zagrożeniami (te pojawią się za mniej więcej dekadę), ale pogrążonym w kryzysie systemem politycznym i społecznym.

Dwukrotnie stanie przeciw bezwzględnym kapitalistom (dzień pracy, co pokazują twórcy, trwał wówczas 14 godzin!).

Producenta amunicji zmusi do udziału w wojnie, właścicielowi kopalni lekceważącemu bezpieczeństwo każe spędzić kilka godzin w zablokowanym podziemnym chodniku – za każdym razem efekt zostanie osiągnięty i wyzyskiwacze zrozumieją swój błąd i przyrzekną poprawę (Superman występuje tu stroju górnika).

Trzecia z opowieści to historia, w której Superman podszyje się pod gracza futbolu amerykańskiego, by zapobiec machinacjom nieuczciwych „działaczy” i ocalić miłość.

„Superman działał w mniejszym stopniu jak pochodzący z prowincji poczciwiec, jakim później się stał” – pisze o pierwszych latach Człowieka ze Stali Reed Tucker – „a w większym jak hipisowski aktywista, który w akademiku mieszka po przeciwnej stronie korytarza”

Był też bardziej zacięty i bezwzględny niż później – groził, zabijał wrogów, którzy nie mogli mu nic zrobić.

Porównanie „AC #1” i „Supermana” pozwala śledzić przemianę kreski Joe Shustera. Rysunki są mniej wycyzelowane, znika przesadne cieniowanie, zaczyna królować coś w rodzaju ligne claire oraz mocny kolor, dodając całości wyrazu. Zmianę widać idealnie jeśli porównać dwie sąsiadujące ze sobą strony pierwszego magazynu „Superman” – ta po prawej pochodzi z „#AC1”, ta po lewej to ostatnia strona dosztukowanego fragmentu.

 

James Steranko, amerykański twórca komiksów i historyk gatunku, w swojej „History of Comics” pisał o zaskakująco małym nacisku, jaki kładziono początkowo na rysunek – widać było pewne wpływy „Tarzana”, ale nie podkreślano (jak tam) anatomii, kluczowej w wypadku Supermana.

„Niemniej – pisze Steranko – „rysunki był solidne, urocze w przekonujący sposób i funkcjonalne; miały w sobie też bezpretensjonalną prostotę właściwą wczesnym komiksom.”

Ta bezpretensjonalność ujawniała się również w często umykającej, warstwie humorystycznej „Supermana”.

Shuster i Siegel z wdziękiem i ironią kontrowali satyrą wszechmoc swojego bohatera i patetyczność jego posłannictwa w służbie ludzkości, podkreślane zresztą, w typowy dla gatunku sposób, w innych miejscach, gdzie Kenta określano np. jako „fizyczny i mentalny cud”, „człowieka przeznaczonego, by zmienić losy ludzkości”, gdzie „spadał z nieba jak demon zemsty”, i poruszał się „w przerażającym tempie”.

Dowcip, który proponowali autorzy operował raczej prostymi środkami, ale w połączeniu ze wspomnianą ironią z jaką traktowali swojego bohatera dawał efekt, który bawi do dziś.

Kilka przykładów.

Superman, wyrzucony za burtę okrętu na chwilę zostaje z tyłu, ale potem:

 

Człowiek ze Stali pędzi, by uratować mężczyznę, który utknął na przejeździe kolejowym:

1. Mike, jakiś człowiek się z nami ściga! Biegnie szybciej niż pociąg! Widziałem to na własne oczy! 2. Znowu pijemy, co?

 

Superman na wojnie. W roli szpiega wpada do namiotu wrogów.

Zabawne bywają również sceny, w których wrogowie bohatera odkrywają, że nie jest zwykłym człowiekiem.

Ta tradycja była zresztą kontynuowana – zwłaszcza gdy Mort Weisinger (ważny redaktor DC Comics, współtwórca m.in. Aquamana i Green Arrowa, redaktor Supermana w czasach srebrnego wieku komiksu) wrócił z II WŚ. Pojawiały się np. takie okładki (na pierwszej, z 1944, Superman mówi: „To łaskocze”; dwie pozostałe to już era Weisingera).

W pierwszym magazynie „Supermana” znajdziemy też zachętę, odrobinę ryzykowną, jeśli przyjrzeć się zwłaszcza ostatniemu z rysunków, dla małych czytelników, by rozwijać siłę.

W tym pedagogicznym fragmenciku można zobaczyć coś w rodzaju próby stworzenia listka figowego dla napakowanej akcją i przemocą reszty – próbę uzasadnioną, jeśli weźmie się pod uwagę to, co miało nadejść za kilkanaście lat.

O Fredricu Werthamie, jego książce „Uwiedzenie niewinnych” z 1954, przesłuchaniach przed senacką komisją i rzezi komiksowego rynku będzie jeszcze okazja opowiedzieć szerzej, więc na razie zasygnalizujmy tylko, że w wyniku tych wszystkich wydarzeń powstał Comics Code Authority, który działał aż do 2011 roku,a wszyscy wydawcy, którzy go stosowali umieszczali na okładkach swoich magazynów ten sławny znaczek:

Dlaczego Superman i cały superbohaterski świat odniósł tak gigantyczny sukces?

Pewną rolę odegrały tu zapewne zalety kompensacyjne (których nie brakuje też innym komiksom, także tym antybohaterskim, jak chociażby opisywany tu niedawno Wilq). Zaczęło się od samych autorów (Człowiek ze Stali narodził się, gdy mieli po 17 lat):

“Sekret powstania Supermana kryje się, oczywiście, głęboko w psychice jego twórców. Opisywani jako «dwaj mali, nieśmiali, nerwowi, krótkowzroczni goście» uczynili Człowieka ze Stali swoją odwrotnością: dobrze zbudowany, pewny siebie, silny, przystojny; miał wspaniały refleks i superwzrok. Za pomocą Supermana autorzy «oddawali cios» swoim prześladowcom” – pisze Steranko.

Nie bez znaczenia był również pomysł, by obdarzyć nadczłowieka drugą, zupełnie zwyczajną, tożsamością Clarka Kenta. To było coś, jak pisze Steranko, co odróżniało Supermana od innych superbohaterów i co pozwalało czytelnikom zidentyfikować się z kimś, kto przewyższał ich pod każdym względem:

„Atlas i Herkules też mieli supermoce. Dlaczego więc nie stali się gwiazdami komiksu?” – pyta Steranko i odpowiada: – “Brakowało im słabości, z którą moglibyśmy się utożsamiać. Clark Kent istniał po to, żebyśmy mogli identyfikować się z tą częścią Człowieka ze Stali w swoich fantazjach z nadzieją, że superczłowiek kryje się w nas i czeka na odpowiedni moment, by się wyłonić.”

Jeszcze inną, kulturoznawczo-literaturoznawczą interpretację sukcesu Supermana proponuje w swojej książce „Komiks: Świat przerysowany” jeden z czołowych polskich historyków i teoretyków komiksu, Jerzy Szyłak.

Jego zdaniem nie może być wątpliwości, że czytelnicy komiksów doskonale wiedzieli skąd wzięły się na przykład „skrzydełka Hermesa na hełmie i przy kostkach Flasha”.

„A jeśli tak, to mieli też świadomość , iż obcują z przeróbkami mitów, ich wersjami zdegradowanymi do ciągu kolorowych obrazków.

Przyczyn ogromnej popularności komiksów o superbohaterach można upatrywać właśnie w owym specyficznym stosunku do sfery sacrum. Z jednej strony historyjka komiksowa wyraża – przez samą swą formę – dystans wobec tej cudowności, o której opowiada i tej, którą poprzez aluzję przywołuje. Z drugiej strony jednak daje ona czytelnikom możliwość obcowania ze sferą cudu – opatrzoną cudzysłowem, opowiedzianą z dystansem, ale przedstawioną w sytuacji, w której prawdziwy mit wywołuje jedynie wzruszenie ramion. Kulturze wysokiej, zdominowanej przez egzystencjalny pesymizm, poczucie absurdu życia i świata, komiks przeciwstawiał kolorowe obrazki, na których świat miał sens, co prawda naiwny, ale naiwny w sposób świadomy i wzięty w cudzysłów przerysowania, które umożliwiało zarówno zdystansowanie się do takiej wizji, jak i znalezienie alibi dla zainteresowania podobnymi historiami”.

Gigantyczny sukces Człowieka ze Stali miał, jak prawie każda beczka miodu, swoją łyżkę dziegciu.

Chodzi o losy twórców Supermana, którzy nie zarobili, jak można by się tego spodziewać, fortuny na najbardziej rozpoznawalnym bohaterze w historii gatunku.

Aby zobaczyć dzieło swego życia w druku (szukanie wydawcy trwało 7 lat) naiwni młodzi twórcy podpisali kontrakt, na którego mocy zrzekali się m. in. praw do Supermana za 130 (dziś 2600) dolarów.

Gdy Clark Kent okazał się kurą znoszącą złote jajka, korporacja ani myślała oddawać praw twórcom, co oczywiście zakończyło się bataliami w sądach. W tym starciu Dawida z Goliatem zakończenie wyglądało niestety inaczej niż w Biblii – bo sprawiedliwość, i to tylko częściowa, przyszła dopiero po wielu latach (ostatecznie w 1975 roku otrzymali od DC Comics dożywotnie pensje, a ich nazwiska, jako twórców postaci, wróciły na okładki – stało się to po kampanii nacisków na wydawnictwo).

“Action Comics #1”, “Superman vol. 1. #1” – Joe Shuster, Jerry Siegel, Detective Comics 1938 i 1939, s. 13, s. 68

Joe Shuster (1914-1992) / rysunki – urodził się w kanadyjskim Toronto. Gdy miał 9 lub 10 lat jego rodzina przeniosła się do Cleveland w Ohio, gdzie w szkole średniej Glenville poznał Siegela, z którym założył fanzina “Science Fiction” (tam po raz pierwszy pojawił się Superman). Po Człowieku ze Stali (w 1947 DC Comics zwolniło “ojców” Kenta) dalej żył z rysowania – próbował sił w m. in. w horrorze. W latach 60. zaczął tracić wzrok i musiał zmienić zajęcie. Prawie niewidomy trafił do domu opieki w 1976 roku.

Jerry Siegel (1914-1996) / scenariusz – urodził się w Cleveland, w wielodzietnej rodzinie krawca. Po wyrzuceniu z DC Comics, próbował, po raz ostatni z Shusterem, stworzyć serię “Funnyman”, potem pracował dla Marvela, Archie Comics i włoskiego Mondadori, wrócił też do DC.

* komiks kosztował 10 centów (dzisiejsze 2 dolary); szacuje się, że z 200 tysięcy nakładu do naszych czasów dotrwało od 50 do 100 egzemplarzy.

Dodaj komentarz