„He Done Her Wrong”, Milt Gross

He Done Her Wrong Milt Gross komiks powieść graficzna klasyka

„He Done Her Wrong” Milta Grossa z 1930 roku, trzeci i ostatni w subiektywnym kanonie klasyczny komiks niemy ze złotego okresu gatunku (lata 20. i 30. XX wieku) to coś z zupełnie innej beczki niż prezentowane poprzednio dzieła Fransa Masereela i Lynda Warda. Wszystkie trzy powieści graficzne nawiązywały co prawda do kina niemego, ale o ile Masereela czy Warda można porównać do Wilhelma Murnaua, o tyle Gross jest Chaplinem gatunku.

He Done Her Wrong” traktuje się często jak parodię „Gods’ Man” i jest w tym trochę racji.

Utwór Grossa jest oczywiście pełną przekory reakcją na patetyczny styl Warda, widoczną i w doborze środków technicznych („szybka” kreska rysowana piórkiem zamiast mozolnej pracy nad drzeworytniczymi klockami), i w stylu rysunkowym (karykatura, kreskówkowość), i w tonacji całości (komedia i parodia gatunkowych klisz zamiast ciężkiej melancholii i rozdzierania szat) i w podejściu do zagadnień społecznych.

Mimo to nie da się ograniczyć dzieła Grossa do prostej reakcji na Warda.

To raczej inspiracja na opak, która uruchomiła własne pokłady talentu żydowskiego geniusza slapsticku z Bronxu i pozwoliło mu stworzyć dzieło całkowicie autonomiczne, oferujące czytelnikowi dużo więcej niż tylko pastisz i świetnie znoszące upływ czasu.

Kręgosłup narracyjny powieści graficznej Grossa stanowi stereotypowa do bólu historia miłosna. Oto delikatna piękność, która zarabia na życie śpiewając w zapadłej dziurze, gdzieś na amerykańskich odludziach, zostaje pewnego wieczoru napadnięta przez nachalnego wielbiciela.

Z pomocą przybywa jej niezbyt lotny, ale odważny i odpowiednio umięśniony traper, który ze sprawnością Supermana rozprawia się z natrętem i jego kolegami (później będzie łamał jeszcze drzewa gołymi rękami – to genialna parodia dopiero rodzącego się do wielkości superbohaterskiego gatunku).

Niemal od razu zjawia się jednak ten trzeci – niski, dwulicowy i chciwy jegomość w zszarganym cylindrze i kapeluszu.

Rozpoczyna się w ten sposób szalona fabuła pełna, wyciąganych jak króliki z kapelusza, zwrotów akcji.

Łotrzyk nakłoni trapera, by wyruszył z nim w dzicz i rozkręcił dochodowy biznes na handlu skórami dzikich zwierząt. Oczywiście to traper będzie polował, a on dbał, by praca posuwała się szybko do przodu.

Zdobywszy odpowiednio dużo skór i odpowiedni majątek, łotrzyk przekona dziewczynę trapera, że ten zginął, podczas gdy ukochany będzie o niej marzył w samotnej chatce.

Para wyruszy do miasta i weźmie tam ślub, a gdy wieść o tym przypadkowo dotrze do trapera, ten, urządziwszy najpierw efektowną rozróbę w lesie, wyruszy w ślad za ukochaną (na czworaka, jak rasowemu tropicielowi przystało).

Tymczasem łotrzyk straci czujność i trafi na swoją nemezis w postaci… zepsutego automatu z gumami do żucia.

Upór doprowadzi łotrzyka i całą jego rodzinę (piękność plus dwójka dzieci) do nędzy, ale nie zatrzyma w pędzie, by zmusić automat do posłuszeństwa. Będzie kradł urobek żebrzących krewnych, nie cofnie się też przed bigamią (wybranką będzie pewna niezbyt urodziwa bogaczka, strzeżona na swoje szczęście przez nieufnego pekińczyka).

Ślubną przysięgę przerwie traper, który do tego czasu zdąży przybyć do miasta i zrozumieć w serii przygód, że wielkomiejski gwar i splendor nie są dla niego.

Po drodze minie się jeszcze ze swoja ukochaną, która rozpaczliwie poszukuje pracy.

Losy tej piątki (trójkąt miłosny, bogaczka i jej pekińczyk) będą splatać się do końca w szalonej akcji.

Będzie pościg.

Zaskakujące spotkania.

 

I pewna brzemienna w skutki pomyłka, która doprowadzi do finału w tartaku na odludziach, gdzie wszystko się zaczęło. Najpierw Gross zmrozi krew w żyłach.

Później doprowadzi do kilkukrotnego happyendu, bo para szczęśliwie się zejdzie, właściciel tartaku odnajdzie w traperze swojego zaginionego syna, a łotrzyk, który okaże się dużo groźniejszym uwodzicielem, niż się na początku wydawało, odbierze należną zapłatę od wściekłych mężów i zostanie odesłany tam gdzie będzie mógł w pełni docenić walory płynące z posiadania wielu żon:

Ale Gross to nie tylko szalona akcja i parada gagów, a także dokręcanie śruby konwencji, tak by wywołać śmiech oraz ironicznie ją skomentować. Jest u niego też ostra satyra społeczna.

Widać ją najlepiej w sporym wątku, w którym główna heroina w desperacji poszukuje pracy. Udaje się do wielkiego gmachu, gdzie napotkanemu tam urzędnikowi najniższego szczebla w sugestywny sposób tłumaczy, dlaczego potrzebuje zajęcia.


Jej „występ” powtarzany jest przez nią samą i kolejnych urzędników na coraz wyższych szczeblach hierarchicznej drabiny. Aż wreszcie dziewczyna trafia przed oblicza zarządu i dostaje tę robotę…

Swoim reporterskim zamiłowaniom pozwala też Gross wybrzmieć w scenach zbiorowych. Skłonność do nasycania ich gagami, skłoniło Paula Karasika, autora posłowia do reedycji „He Done Wrong” z 2005 roku, do nazwania Grossa „cartoonowym Kamikaze”, który uderza w rozmaite patologie współczesnej mu industrialnej cywilizacji. Tę strategię widać chociażby w scenie ze współczesnej jaskini złoczyńców:

Cartoonowy, szybki, a jednocześnie niepodrabialny i ponadczasowy styl Gross i jego pozorną tylko prostotę świetnie scharakteryzował wspomniany już Paul Karasik:

W porównaniu do innych komiksowych prac Grossa, rysunki w „He Done Her Wrong” są kreślone w sposób dużo bardziej kontrolowany, ale czytelnik czuje szybkość ręki pędzacej po kartce. I trochę go to oszałamia. Ma się wrażenie, jakby ten komiks wymyśliło dziecko, ale mój egzemplarz pierwszego wydania, pokazuje jak trudny technicznie do osiągnięcia jest taki efekt. Jakiś brzdąc chciał przerysować postacie Grossa na marginesach. Zapomnij, mały. Potrzeba lat codziennego treningu, żeby rysować jak dziecko.

Okładka pierwszego wydania

Milt Gross, „He Done Her Wrong”. Doubleday, Doran & Company 1930

Milt Gross (1895-1953) – amerykański twórca komiksów (przede wszystkim paski w gazetach), ilustrator oraz animator żydowskiego pochodzenia. Specjalizował się w różnych odmianach twórczości satyrycznej. W komiksach z tekstem wykorzystywał mieszankę angielskiego z wpływami jidysz – kilka powiedzonek z jego twórczości stało się skrzydlatymi słowami i weszło do potocznej angielszczyzny. Na niezawodnym archive.org można obejrzeć m.in. „Milt Gross Funnies #2”.

Dodaj komentarz