Mafalda, Quino (tom 1.)

Chociaż Mafalda była nieodrodnym dzieckiem zimnej wojny (ukazywała się w latach 1964-1973), to komiksowe paski z jej przygodami przetrwały próbę czasu o niebo lepiej niż żelazna kurtyna, mur berliński i Układ Warszawski razem wzięte (“Mafalda”, Quino).

Stało się tak zapewne dlatego, że argentyński rysownik Quino zastosował w rewelacyjny sposób stary jak świat chwyt literacki najlepiej znany z baśni Andersena „Nowe szaty cesarza”. Tyle, że tutaj dziecko wykrzykuje, że nagi jest nie cesarz, a świat – z jego hipokryzją, nieustannymi konfliktami,zagrożeniem atomowym, biedą i niesprawiedliwością.

Chociaż prawie w każdym pasku pojawia się aluzja polityczna, to mikrokosmos Mafaldy jest raczej niewielki. Większość akcji rozgrywa się w domu, na ulicy, w sklepie, ewentualnie szkole i na wakacjach. A najważniejszych bohaterów da się policzyć na palcach dwóch rąk.

Główna postać serii, tytułowa Mafalda to korpulentna sześciolatka o niesfornej fryzurze, niewyparzonym języku i sporej wiedzy na temat tego, co się dzieje na świecie. A że dostrzega głównie nieszczęścia i zagrożenia, jest raczej pesymistką. Ma w sobie jednak również dziecięcy niewinny idealizm i wierzy, że może być lepiej.

Sama chce np. zostać tłumaczką w ONZ i przekręcać przekładane frazy polityków, by w ten sposób gasić w zarodku ewentualne kłótnie. Na razie jednak martwi się i głośno wyraża swoje niezadowolenie, niemal każdą, nawet pozornie zupełnie niepolityczną, sytuację odnosząc do polityki. Na przykład, gdy matka wycina z gazety przepis na zupę rybną (Mafalda zup nienawidzi), dziewczynka ze skrzywioną miną patrzy na dziennik, a potem wykrzykuje: „Przeklęta wolność prasy!”

Reszta postaci jest równie barwna i wyrazista i każda symbolizuje jakąś grupę społeczną – co ważne każdy z bohaterów, dzięki swojej szczerości oraz zapałowi i nonkonformizmowi z jakim broni racji (u dorosłych rzecz raczej niespotykana) budzi sympatię nawet jeśli stoi po tej stronie politycznej barykady, co np. Manolito.

Syn lokalnego sklepikarza to krwiożerczy kapitalista. Kiedy będzie dorosły, chce kierować siecią supermarketów „U Manola”, a na razie robi za klasowego głupka, pomaga ojcu w sklepie, wciskając z inwencją gorszy towar i zaciekle reklamując towary sprzedawane przez ojca (pojawi się nawet w snach Mafaldy). Razem z Susanitą (o niej za chwilę), nazwać go można głosem konserwatystów.

Gdy Felipe, czwarty z członków „klasycznej” bandy Mafaldy, zaczyna ubolewać nad tym, że „banknotów drukuje się więcej niż książek” i oświadcza, „że kiedyś kultura będzie bardziej ceniona niż pieniądze”, Mafalda pyta go, czy to, co mówi nie jest naiwne. „Naiwne?” – dorzuca w ostatnim z kadrów historyjki Manolo, a w następnym określa jeszcze Felipe jako „ekstremistę”.

O ile Mafaldę można uznać za feministkę, to jej przyjaciółka Susanita jest z pewnością agentką patriarchatu;-) Jej marzenia o przyszłości ograniczają się do ślubu i posiadania „dzieciaczków” (mówi o tym przy każdej okazji). Jest też modelową plotkarą (ze świetną pamięcią) i brutalnie drwi z Manolita.

Felipe, o którym już wspomniałem, człowiek o nienaturalnie wydłużonej twarzy i wystających zębach, to znerwicowany przeciętniak, ale też chyba największy w tym gronie marzyciel.

Niestety jego sny na jawie o sławie i przygodach (takich np. jak ma jego ulubiony „Samotny jeździec”) miażdżone są w zabawnych i gorzkich zarazem pointach, kiedy przyjmuje prymat zasady rzeczywistości nad zasadą przyjemności (w „Mafaldzie” wątki psychoanalityczne są dość częste, jak na komiks o nowoczesności przystało).

Tę żelazną dziecięcą czwórkę uzupełni jeszcze poznany na wakacjach sąsiad Miguelito – anarchista i punkowiec, naiwnie nieświadomy, że nim jest. Miguelito przedkłada radość istnienia nad konwenanse i pogoń za kasą i dlatego na pytanie Mafaldy o to „jakie ma plany na wiosnę” odpowiada „żyć”, a kiedy ta spotyka go siedzącego bez ruchu u słowa pod drzewkiem na chodniku i pyta co robi, odpowiada ripostą stulecia: „Czekam, co mi życie przyniesie”.

W tomie drugim ważną rolę odegrają jeszcze dwie postacie, które tutaj ledwie migają (jak Libertad) lub pojawiają się dopiero na końcu (to Guille, braciszek Mafaldy).

Ale w tym komiksie są również dorośli. Najważniejsi to rodzice Mafaldy, oboje w okolicach czterdziestki. Tata, zapracowany i zmęczony trochę życiem miłośnik roślin, stała ofiara trudnych pytań Mafaldy (i stały klient pobliskiej apteki – główny zakup: nervocalm) oraz mama, gospodyni domowa, na której Mafalda ćwiczy swój feminizm.

Interakcje między tą grupką i światem, który przedostaje się do ich mikrokosmosu za pomocą radia, telewizji, gazet i plotek są machiną, która pozwala nie tylko na genialną satyrę na mechanizmy polityki (i to w każdych czasach), która czyni ze świata niezbyt przyjemne miejsce, ale również, trochę przez tę satyrę przysłoniętą, ale równie ważną serię mikrotraktatów o ludzkiej naturze.

Naszych przywarach – chciwości, hipokryzji, nieczułości na cierpienie bliźniego, złośliwości itd. – ale też plusach ludzkości, np. ludzkiej dobroci, która kryje się nawet w najbardziej nieoczekiwanych miejscach (bo Manolito np. nie sprzedaje tandety przyjaciołom).

To także pochwała bezinteresownego protestu i zdroworozsądkowego podejścia do wszystkiego.

Kłopotliwe pytania, które zadają bohaterowie Mafaldy i zacięcie z jakim walczą o swoje racje (co czasem prowadzi do ultrazabawnych paradoksów, takich jak stwierdzenia, że „Indianie to komuniści”, a Eskimosi są dowodem, na to że dzieci przynosi bocian, bo przecież na Antarktydzie kapusta by nie przetrwała) dają siłę do walki, tym, którzy już zapomnieli, że celne pytanie (chociażby wydawało się głupie) jest kłopotem, który rozsadza dobrze naoliwione tryby ideologii. Tak jest np. gdy Mafalda prosi o wyjaśnienia w sprawie „tej afery z Wietnamem”, wywołując w domu popłoch, który zakończy się wizytą w aptece po wspomniany już nervocalm (później będzie go zażywał również Felipe).

Rewelacyjne pomysły na dowcipy, przenikliwość w portretowaniu bliźnich i świetny koncept całości niesie maestria warsztatowa Quino.

Argentyńczyk ma w małym placu mechanikę komiksowego paska. Wie, kiedy pociągnąć przez kilka dni historyjkę z potencjałem, a jego rysunki kreślone cieniutkim piórkiem rozpoznaje się od razu.I nigdy nie pozwala sobie na „puszczenie” paska, co zdarzało się nawet wielkiemu Charlesowi Schulzowi.

Co ważne, w jego rysunkach jest miejsce na karykaturę i całkiem poważną psychologię, bo mimika postaci z „Mafaldy”, jakkolwiek przerysowana, ma w sobie prawdę, którą dostrzec może tylko bardzo uważny obserwator ludzkiej natury.

Tekst dotyczy pierwszego z dwóch tomów pełnego polskiego wydania “Mafaldy” w znakomitym tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego.

“Mafalda, wszystkie komiksy, tom 1.”, Quino, Nasza Księgarnia 2019, s. 344

Quino (ur. 1932) – właściwie Joaquín Salvador Lavado. Za dzieło swego życia, Mafaldę, otrzymał wiele wyróżnień, w tym Nagrodę Księcia Asturii i fanów w postaci Julio Cortázara, Gabriela Garcii Márqueza i José Saramago (strona autora: https://www.quino.com.ar/)

Dodaj komentarz